Czterech przyjaciół. Osiem pól golfowych.
Cała nasza czwórka usiłuje odsunąć kamienie, by zapewnić dobry rzut. Wszyscy ubiegamy się do najróżniejszych wykrętów, aby tylko znaleźć wolną chwilę, by torba z kijami nie leżała w garażu. Bo przez cały ten czas lubimy grać razem, spędzać wspólnie czas, szczególnie, by się razem pośmiać. Poza tym, że mi oczywiście podoba się wygrywać nad resztą (pod tym względem nic się nie zmieniliśmy, to nieco absurdalne konkurowanie pozostanie z nami chyba na kolejne tysiąc lat).
Nie widujemy się często, więc szkoda nam czasu na nie sprawdzone eksperymenty. Umówiliśmy się, by zimą wybrać kilka dni tylko dla nas. Robimy wypad na grę w golf, której nie chcemy sobie odmówić. I jedziemy na Gran Canarię, wyspę, na której piękna pogoda panuje praktycznie przez cały rok.
Dlaczego właśnie tam? To nasza mała tradycja. Jedna wyspa. Osiem pól golfowych. Nic nie może być prostsze. Bez potrzeby wielogodzinnych lotów na drugi koniec świata, ani tracenia czasu na wielu lotniskach przy przesiadce. Jeździmy na Gran Canarię, bo to prawdziwie golfowy kurort, z piękną pogodą, dobrymi hotelami, smacznym jedzeniem i ponadto, na niewielkiej przestrzeni możemy szybko dotrzeć do różnego rodzaju pól golfowych. Wszystkie mają odmienny pejzaż w tle i różny stopień trudności. Tak więc nie ma wymówek dla tego, kto przegrywa. Do wyboru jest osiem pól, gdzie można się zmierzyć ze starym znajomym, który gra jakby to był sam Greg Norman.